Cud na północnym
Atlantyku w Wigilię 1941 r.
Norweski kapitan
„Myślę,
że mogę powiedzieć o sobie”, mówi
norweski kapitan, „że jestem trzeźwym człowiekiem,
któremu obce są wszelkie przesądy i fanfary, ale to
doświadczenie przekonało mnie, że między niebem a
ziemią jest więcej, niż my, ludzie,
rozumiemy.
Podczas ostatniej wojny światowej, gdy bitwa o
Atlantyk szalała w najgorszym momencie, dowodziłem
9000-tonowym statkiem, który przewoził żywność
z Ameryki do ciężko walczącej Anglii. Odbyliśmy
kilka rejsów, gdy kilkaset mil na północny zachód
od Irlandii zostaliśmy trafieni wrogą torpedą i
zatonęliśmy. Z 36-osobowej załogi połowa poszła
na dno wraz ze statkiem.
Właśnie przeżyliśmy
najgwałtowniejszą zimową burzę, z jaką
kiedykolwiek miałem do czynienia na północnym
Atlantyku. Morze było nadal wysokie po burzy, ale udało nam
się włożyć do wody dwie łodzie ratunkowe. W
mojej było nas dziewięciu, z czego kilku było ciężko
rannych. Łódź pierwszego oficera została z dala
od nas w nocy. Więcej tego nie widzieliśmy.
Być
świadkiem zniknięcia łodzi, do której byłeś
przywiązany silnymi więzami przez wiele lat, w morzu, to
jak stać na skraju otwartego grobu i patrzeć, jak twoje
własne dziecko tonie. A kiedy widzisz załogę, z którą
dzieliłeś smutki i radości przez miesiące i lata,
idącą na dno wraz z łodzią, pozostawia to kłującą
ranę w twojej duszy, którą tylko czas może
powoli uleczyć. Nigdy nie zapomnę tego dnia, był
22-12-1941.
Pierwsza noc w łodzi ratunkowej była
jednym długim koszmarem. Co jakiś czas zapalaliśmy
race i mieliśmy nadzieję, że nadejdzie pomoc. Noc była
czarna bez gwiazd i zaczął padać śnieg. Gryzący
zimny wiatr przetaczał się przez morze, a jezioro było
wysokie z pienistymi, białymi szczytami. Wszyscy strasznie
marzliśmy i czuliśmy się bezradni, czekając, aż
przebije się światło dzienne. Kiedy nastał
poranek, pod ciemnymi chmurami, dwóch rannych nie żyło.
Leżeli skuleni na dnie łodzi. Nigdzie nie było widać
żadnego statku. Niezmienna samotność morza otaczała
nas ze wszystkich stron i nie dawała nam żadnego
pocieszenia. Mijały godziny, a siły zaczęły
zanikać u tych z nas, którzy przeżyli noc. Z wielkim
trudem podnosiliśmy zmarłych na reling i cicho kładliśmy
ich za burtę. Odmówiłem modlitwę Ojcze
nasz.
Wśród rannych był młody mężczyzna
Kjell. Miał swój dom w jednej z małych wiosek w
Sörlandet. Większość czasu leżał
uśpiony z głową na moich kolanach. Od czasu do czasu
jęczał słabo i prosił o wodę. Pewnego razu
wstał do połowy i patrzył na morze gorączkowymi
oczami i powiedział: „Słyszę dzwony kościelne,
kapitanie!”
Zniknęła kolejna noc. Czarna jak
smoła wieczność wypełniona bólem, udręką
i rozpaczą. Znów zaczął padać śnieg,
a wiatr przeszywał szpik i kości. Tej nocy dowiedzieliśmy
się, co to jest zimno. Nasze ubrania stały się sztywne
od szronu na naszych ciałach. Bezlitosny chłód
śmierci otula swoim lodowatym płaszczem zarówno
ciało, jak i duszę. To było tak, jakby bijące
serce stawało się sztywne w grozie śmierci.
Kiedy
nastał nowy dzień, radiooperator leżał
zamarznięty na śmierć i martwy na dnie łodzi
ratunkowej. Zdjął koszulę i założył ją
na cienko ubranych maszynistów, którzy jego zdaniem
potrzebowali jej bardziej niż on. Oficer wciąż żył,
ale oddychał słabo. To wkrótce się skończy.
Z lekkim zdziwieniem pomyślałem, że śmierć
nigdy nie bierze dnia wolnego, nawet w Wigilię.
Godziny
się dłużyły. Musiała być piąta,
kiedy oficer otworzył oczy i powiedział: „Zaśpiewaj
mi, kapitanie!” Śpiewając w łodzi ratunkowej na
północnym Atlantyku, gdy wokół mnie byli
martwi i umierający, a nad nami czarne, goniące chmury
wiatru. To było tak, jakby mój głos zamarzł na
lód, a moje usta były popękane i suche. Być
może nie mogłem wydobyć z siebie ani jednej nuty. Ale
chłopak był na progu śmierci, muszę pomóc,
jeśli mogę.
Co mam zaśpiewać mojemu
chłopcu?" - zapytałem. Spojrzał mi prosto w oczy
i bez wahania odpowiedział: „Jestem żeglarzem na
morzu czasu!" Zapewniam was, moi przyjaciele, że nie znałem
tej piosenki. Nigdy wcześniej jej nie słyszałem, ani
tekstu, ani melodii. Mimo to otworzyłem usta i zaśpiewałem.
Słowo za słowem, wers za wersem: „Jestem żeglarzem
na morzu życia, na zmiennych falach czasu. Pan Jezus dał mi
kurs, a ten kurs chcę podążać".
To
było tak, jakby ktoś inny trzymał otwartą księgę
przed moimi oczami, zarówno z tekstem, jak i melodią,
albo jak film, który mignął. Czułem, że
nigdy w życiu nie śpiewałem lepiej. Głos
pochodził z wnętrza, ale nie był mój. Ja tylko
uformowałem nieznane słowa ustami i wysłałem je
dalej.
Podczas gdy śpiewałem, wiatr ucichł i
uspokoił się. Chmury, które przez dni goniły
czarne i złowieszcze nad morzem, rozproszyły się nad
naszymi głowami, a niebiańskie, łagodne światło
błogosławieństwem płonęło nad nami.
Młody mężczyzna leżał
nieruchomo w moich ramionach. Przez lata przypadło mi w udziale
oglądanie śmierci wielu mężczyzn, ale nigdy nie
widziałem piękniejszej twarzy w śmierci. Mały
uśmiech igrał na jego ustach. Można by pomyśleć,
że przerwano mu wesołą grę. Radość
lśniła z każdej rysy jego twarzy. Wokół
nas morze ucichło, wiatr stał się słabym szeptem,
który tylko podkreślał ciszę. Poczułem
obecność wielkiego Boga i szelest skrzydeł wieczności
nad łodzią.
Kiedy pieśń została w
końcu zaśpiewana, wiedziałem, że młody
mężczyzna nie żyje. Morze znów się
podniosło i znów żałośnie wyło nad
martwymi przestrzeniami morza. Młody mężczyzna
otrzymał Modlitwę Pańską, tak jak inni, i
zanurzył się w głębinach morza. To było
dziwne doświadczenie, którego nigdy nie zapomnę.
Ten
Wigilia była trudna i pełna smutku, ale od czasu do czasu
wiatr unosił chmury, które osiadły nad horyzontem, a
na wschodzie odkryłem jasną migoczącą gwiazdę.
To była Gwiazda Betlejemska, która chciała nas
poprowadzić na właściwą ścieżkę, a
ja wyznaczyłem pełen nadziei kurs za gwiazdą. Około
godziny później czterech z nas, którzy
przeżyliśmy, zostało uratowanych przez brytyjską
korwetę. Zmienili kurs, gdy obserwator uznał, że
zobaczyli flarę alarmową na morzu.
Ale norweski
kapitan na chwilę się zatrzymał i siedział
pogrążony w myślach. Kontynuuje: Ale jest coś
więcej w tej historii. Po wojnie odszukałem matkę
młodego mężczyzny. Była odważną
kobietą, która prawdopodobnie zauważyła
przeciwności i smutek, ale ich nie złamała. Straciła
męża w tragicznej katastrofie statku zaledwie rok po
narodzinach chłopca. Jej twarz odzwierciedlała ten smutny
spokój, który charakteryzuje ludzi, którzy
zostali doświadczeni i uszlachetnieni w trudnej szkole życia.
Nie wspomniałem nic o cudownym doświadczeniu, jakie miałem
w łodzi ratunkowej. Ale kiedy ona sama zaczęła mówić,
zrozumiałem kilka rzeczy, które były dla mnie przez
cały czas niejasne. Opowiadała: „Ostatnie dni przed
świętami, w dniu, w którym chłopiec odszedł,
miałam tak wielki niepokój o siebie. Czułam, że
jest w niebezpieczeństwie i nie mogłam spać w nocy.
Kiedy nadeszła Wigilia, rzuciłam się w wir pracy, żeby
być gotową na święta. Ale cały czas czułam
niepokój ciążący mi na umyśle. Na zewnątrz
padał śnieg i wiał wiatr, a półmrok
zalegał ponury i przytłaczający nad małymi
domami. Kiedy była około trzeciej, usiadłam ze starą
gitarą w ramionach. Coś we mnie naciskało i chciało,
żebym śpiewała. Nie mogłam się
powstrzymać”.
„Jaką piosenkę
śpiewałaś?” zapytałam napięta, chociaż
byłam całkiem pewna odpowiedzi. „Jestem żeglarzem
na morzu czasu, na zmieniających się falach czasu”
odpowiedziała, ponieważ mój chłopiec uwielbiał
tę piosenkę i robił to od małego. Często ją
śpiewaliśmy – zarówno ze smutku, jak i z
radości. Kiedy śpiewałam ją ponownie, zauważyłam,
że ciemne chmury się rozstąpiły, a słońce
zajrzało do mojej kabiny i migotało na kościelnej
wieży dokładnie po drugiej stronie ulicy. To było jak
pozdrowienie od mojego Boga. „Nie lękaj się, Ja
jestem z tobą przez wszystkie dni, aż do końca
świata”. Zaśpiewałam wszystkie zwrotki i kiedy
śpiewałam, poczułam, jak wielki spokój wypełnia
moje zmartwione serce. Mój chłopiec nie żył,
wiedziałam o tym, ale czułam też, że jest
zdrowy”.
Kiedy opowiedziałam jej, co przeżyłam
w związku z jej chłopcem w Wigilię, słuchała
w ciszy, nie roniąc ani jednej łzy, ale jej twarz jaśniała
wewnętrznym światłem, kiedy mi dziękowała.
Między niebem a ziemią jest więcej, niż rozumiemy
jako ludzie, tak zabrzmiały słowa pewnego siebie kapitana,
kiedy opowiadał o tym wydarzeniu. Bóg jest Bogiem cudów,
interweniuje cudownie.